Aktualności

  • home
  • /
  • Aktualności
ilustracja

Ani „prawy”, ani „lewy” - Układ (20 i 21)

Ze względów technicznych 20 odcinek "Układu" nie ukazał się w terminie. Dlatego dzisiaj publikujemy dwa kolejne odcinki.

(...)Schodząc z bulwarów natknęli się na swojego dobrego znajomego, spacerującego w towarzystwie mało im znanego człowieka. Dodajmy – miejscowego kabotyna, z  którym jakaś, dodam, że wcale nie mała część lokalnego establishmentu liczyła się jednak(...) 

 Rozmowa z prezesem zarządu Komitetu Rozwoju Zagłębia Grzegorzem Wacławikiem

–  Otóż opowieść o futrze, to przypadek państwa Nowaków, którzy przez wiele lat prowadzili otwarty dom. Byli ludźmi szanowanymi i zacnymi. Owszem, mieszkali wprawdzie na peryferiach kraju, powiedzmy, że w Będzinie, lecz na organizowanych przez nich przyjęciach pojawiali się ludzie z całej Polski. Ba! Z całego świata. Mówiło się, że nikt nie liczył czasu, ani środków, aby przybywać do Nowaków, nawet zza oceanu, gdy tylko otrzymał zaproszenie.  Dobrze było pokazywać się nie tylko u Nowaków, ale w ogóle pokazywać się z Nowakami. Także ludność miejscowa była zadowolona. Nie tylko rosła jej duma, że żyje całkiem blisko zacnej i znanej rodziny, ale często jej przedstawiciele, nawet pośledniego stanu, byli zapraszani i traktowani na równi z innymi. Także tymi najbardziej znakomitymi. Nowakowie byli ponadto hojnymi darczyńcami. Pomagali innym całkowicie bezinteresownie. To prawda, że niektórzy to wykorzystywali, ale Nowakowie nie zważali na to. Nadal byli hojni. Drzwi ich domu były otwarte dla wszystkich o każdej porze roku. I jak się wydaje, nie mieli wrogów.

– Stare dobre czasy…

– Niekoniecznie, przynajmniej mam nadzieję. Zimą, roku takiego a takiego, podczas karnawału zorganizowali doroczny bal karnawałowy. Jeden z wielu, ale ten był wyjątkowy. Jubileuszowy. Nie tylko ubrania gości, suknie i fraki, były wspaniałe, ale futra w jakich przybyli, robiły wrażenie. Świadkowie wspominali, że zwłaszcza futra kobiece były imponujące. Co tu kryć– epatowały przepychem. Dom jednak był świetnie strzeżony, więc nigdy nic nikomu w nim nie zaginęło, czy (nikt by nawet o tym nie pomyślał!) nie zostało skradzione. Aż…

– Powie Pan zapewne: aż pewnego wieczora…

– Nie. Już było po północy, a właściwie nad ranem. Ostatni goście opuszczali powoli gościnny dom, aż wyszedł ostatni. Wreszcie Nowakowie pozostali sami. Jeszcze rozbawiona, nieco roztargniona i zauroczona szampanem (a może nie tylko?) pani domu, nieoczekiwanie, a właściwie bezwiednie zajrzała do jednej z szaf  i … Stanęła jak wryta. Nie było w niej futra. Jej najnowszego futra! Dyskretnie, bo to był high life, bon ton, savoir vivre, bon ton, przywołała męża. Przeglądnęli zawartość innych szaf w szatni. Daremnie. Futro zniknęło. Aby ustrzec się skandalu, wszak ani im w głowie było podejrzewać gości, postanowili poczekać aż sprawa sama się wyjaśni. Ot, po prostu, ktoś się pomylił, a gdy się wyśpi przyjedzie nie tylko z futrem, ale i przeprosinami, skwitował Nowak i państwo poszli spać.  Jednak nazajutrz, ani następnego dnia nikt się nie zjawił. Futro przepadło na dobre.

– Oczywiście dali znać na policję…

– Ależ Pan niecierpliwy! (uśmiech) Nic z tych rzeczy. To nie było w stylu Nowaków, aby rzucać podejrzenia bez dowodów, czy dzielić się nimi publicznie. Tak było i tym razem. I dobrze, bo po kilku dniach sprawa się wyjaśniła. Okazało się, że jedna ze służących jeszcze przed przyjęciem wyniosła futro pani Nowakowej do szafy w drugiej części domu, aby zrobić miejsce dla okryć spodziewanych gości. A ponieważ wieczorem, mniej więcej w czasie, gdy odbywało się tamto przyjęcie dostała gorączki i zaniemogła, do pracy wróciła dopiero po tygodniu.

– Więc po sprawie..?

–Otóż nie. Przyszła akurat odwilż i po dziesięciu dniach zawitała wiosna.  Niedzielnym popołudniem państwo Nowakowie postanowili zrobić sobie spacer po bulwarach wzdłuż Przemszy. Zaskoczyło ich, że ludzie, których napotykali, zachowywali się dziwnie. Albo odwracali głowy na ich widok, albo bardzo zdawkowo ich pozdrawiali. Nowakowie wytłumaczyli sobie, że to wpływ niespodziewanego wiosennego oszołomienia i po kilkunastu minutach zawrócili do domu. Schodząc z bulwarów natknęli się na swojego dobrego znajomego, spacerującego w towarzystwie mało im znanego człowieka. Dodajmy – miejscowego kabotyna, z  którym jakaś, dodam, że wcale nie mała część lokalnego establishmentu liczyła się jednak . Znajomy co prawda uchylił kapelusz na ich widok, ale nie zatrzymując się podążył dalej ze swym towarzyszem. Oniemiali Nowakowie stanęli w miejscu. Także znajomy z nieznajomym zatrzymali się za nimi, a wzburzony nieznajomy zaczął wyrzucą znajomemu niestosowność jego zachowania, na tyle  głośno, że dotarło to do uszu Nowaków ciągle tkwiących w miejscu Nowaków.

– O co mu chodziło..?

– Był oburzony. Dlaczego się kłaniasz Nowakowi, przecież on ukradł futro! – krzyczał, najwyraźniej po aby, aby usłyszeli inni przechodnie. – Co ty opowiadasz? – głośnym szeptem odpowiedział mu znajomy.–  To Nowakowej  ukradziono futro, ale… Jednak nie skończył mówić, gdyż pierwszy przerwał mu konstatując: wiesz, lepiej nie kłaniać się Nowakowi, bo on ma coś wspólnego z kradzieżą futra. I ukontentowani poszli dalej. Okazało się bowiem, że owa służąca opowiedziała swojej znajomej, jaki sprawiła kłopot swoim pryncypałom, przenosząc futro Nowakowej do innej szafy i nie zgłaszając tego swojej przełożonej. Zaś ta znajoma, jak w głuchym  telefonie podała dalej. I wyszło na to, że to Nowak ukradł futro, któremuś ze swoich gości. Nie wszyscy w to uwierzyli, ale na wszelki wypadek miasto przestało kłaniać się Nowakom, uznając, że mają coś wspólnego z kradzieżą futra.

 Ciąg dalszy rozmowy nastąpi.